Moda na antyutopie

Każdy ma jakieś hobby, o którym nie mówi na forum, ale z którego jest, w jakimś sensie, dumny. Ja mogę pochwalić się tym, że szkolę znajomość języka obcego czytając książki, po które, z różnych przyczyn, nie sięgnęłabym, gdyby były napisane po polsku. Oczywiście, w zdecydowanej większości przypadków, nie są to dzieła, które zachwycają bogactwem zwrotów i kunsztem stylistycznym, nie ukrywam jednak, że podczas czytania naprawdę dobrze się bawię i zazwyczaj już po kilkunastu stronach zapominam, że rozrywka ta powinna mieć wymiar edukacyjny.

Hobby to sprawia, że jestem na bieżąco z tym, co określane jest jako „literatura młodzieżowa”. Tomy takie, jak „Niezgodna”, „Więzień labiryntu”, „Igrzyska śmierci”, czy też „Legenda” znam na długo przed ich ekranizacją. Oczywiście, czytam je nieco inaczej niż te dziewczęta, które mają sześć lub osiem lat mniej, jeśli jednak miałabym napisać, że mniej jest w tym zabawy – z pewnością skłamałabym.

Ostatnio zauważam zresztą trend, który może zastanawiać, okazuje się bowiem, że literatura młodzieżowa, zwłaszcza ta, która powstaje w Stanach Zjednoczonych, opuszcza realny świat. Jeszcze nie tak dawno starała się trzymać pewnego osadzenie w miejscu i czasie, które moglibyśmy zidentyfikować, a jedyny problem polegał na tym, że w miejscu tym, raz na jakiś czas, pojawiał się wampir, grupa wilkołaków albo kulturalny zombie. Teraz jednak moda na stwory nadprzyrodzone, które walczą ze stereotypami i wcale nie polują na ludzkie dusze, przemija, zastępuje ją przy tym oda na antyutopie.

Jako osoba, która zna ten gatunek z własnego dzieciństwa (nie wiem, jak jest teraz, ale my „Rok 1984” Orwella przerabialiśmy w szkole) nie jestem zaskoczona koncepcją społeczeństwa idealnego i próbami obdarzania jej niedostatków. A jeśli pozwolę sobie na odrobinę wnikliwej analizy, najprawdopodobniej dojdę do wniosku, że moda na antyutopie z początku dwudziestego pierwszego wieku również nie powinna mnie zaskakiwać.

Może nie zdajemy sobie z tego jeszcze sprawy, ale chyba jeszcze nigdy nie byliśmy tak blisko stworzenia społeczeństwa opartego na permanentnej kontroli, jak teraz. Technologia już dziś pozwala na realizowanie tego, o czym pisał Orwell przed kilkudziesięciu lat, a jeśli nie jest wykorzystywana tak, jak we wspomnianej książce albo w antyutopiach młodzieżowych, nie oznacza to wcale, że nie zmieni się to w ciągu kilkunastu lat. Może więc mamy do czynienia z literaturą, która zasługuje na znacznie mniej słów krytyki, niż zbiera. Chcecie przykładów: proszę bardzo. Wielka Brytania -> Londyn. Praktycznie każda ulica miasta to 3-5 kamer. Każdy użytkownik jest śledzony. Pentagon: miejsce do którego jeszcze 15 lat temu mógł wejść każdy, obecnie jest niedostępną fortecą. Nasze lokalne podwórko czyli nasz „biały dom” na Wiejskiej – brak możliwości przejścia się po ogrodach gdyż groziłoby to końcem świata. To jednak nie wszystko. Każdy ale to absolutnie każdy jest inwigilowany. Telefony które mamy w kieszeni śledzą nasz każdy ruch (pisałam zresztą o tym niedawno przy okazji akcji promocyjnej usługi „Jak namierzyć telefon” – czyli kolejnego szpiega). Żeby jednak nie spuszczać z tonu – okazuje się że nawet nasze telewizory nasz szpiegują! Jak? Ano wystarczy że ktoś włamie się do wbudowanego skype i nas widzi. Bardziej technicznie niestety się nie znam ale skoro coś elektronicznego powstało to z pewnością znajdzie się ktoś kto będzie mógł to wykorzystać w bardziej „niecnych” celach….

Młodzież zazwyczaj otrzymuje uproszczony obraz i już po kilkunastu stronach pierwszego tomu wiemy, że idylla jest pozorna, a bunt głównego bohatera jest najlepszym, co może go spotkać. Uproszczenia są jednak prawem twórców gatunku i służą celowi, który nazwałabym wyższym. Prowadzą do pewnego uwrażliwienia czytelnika i zmuszają go do zadawania pytań o to, jak daleko może posunąć się kontrola, ile jesteśmy w stanie poświęcić i czy są takie wartości, z których nie można zrezygnować. Odpowiedzi podane w książkach nie mogą nas zaskoczyć, czy jednak nie jest tak, że znamy je bardzo dobrze, a mimo to jesteśmy w stanie godzić się na umniejszanie ich znaczenia. Społeczeństwa kontrolowane przez struktury państwowe to żadne novum. Historia zna takie przypadki i może nam wiele powiedzieć o skutkach działań totalnych. Może więc warto sięgnąć po jedną z takich młodzieżowych pozycji i na moment przenieść się do świata, w którym prawa jednostki są ograniczane dla jej dobra?

PS. zdjęcie z nagłówka to oczywiście podobizna Orwella.

Wesele w Sali bankietowej czy w „remizie”

Wesele w naszym kraju tak naprawdę jest nadal silnie zakorzenioną tradycją i wiele osób w ogóle nie jest w stanie wyobrazić sobie ślubu bez wesela. W związku z tym pojawia się kwestia organizacji takiego przyjęcia, które jest w rzeczywistości bardzo dużym przedsięwzięciem i trzeba się zatroszczyć o bardzo wiele różnych elementów, by wszystko na takim weselu dobrze się udało. Na samym początku należy sobie postawić pytanie jakie wesele chcemy sobie zorganizować i czy interesuje nas zabawa w tradycyjnej Sali bankietowej czy też wynajem „remizy” i tam organizacja całego wesela samodzielnie.

Obie opcje są w naszym kraju nadal popularne i wykorzystywane przez młodych, którzy organizują wesele. Na którą więc lepiej się zdecydować? Do przemyśleń skłonił mnie jeden z ostatnich artykułów znalezionych na stronie eclipse.org.pl gdzie autorka konfrontowała lokale zrobione „na fest” vs lokale skromniejsze ale bardziej „klimatyczne”. Co wybrać? Jednoznacznej odpowiedzi na takie pytanie tak naprawdę nie ma. Każdy ma swoje upodobania i swoje możliwości finansowe a to właśnie bardzo często decyduje o tym na jakie wesele możemy się zdecydować. Przede wszystkim wesele w Sali bankietowej to jak dla mnie rozwiązanie wygodniejsze. W takim przypadku wybieramy jedynie posiłki, które mają być podane i nie musimy się o nic więcej troszczyć. Wszystko będzie od samego początku do końca zorganizowane i my jedynie będziemy się musieli pojawić na swoim weselu, by dobrze się bawić. W przypadku Sali bankietowych trzeba się jednak liczyć z dość wysokimi kosztami organizacji takiej zabawy. Inaczej nieco będzie w przypadku zabawy, którą organizuje się w Sali typu remizowego. W takim przypadku bowiem samodzielnie trzeba się o wszystko troszczyć. Tutaj nie przychodzimy na gotowe, ale to my stajemy się organizatorem tego wesela i musimy się o wszystko się troszczyć.

Przede wszystkim w takiej Sali musimy oczywiście przygotować jedzenie dla gości. Ważne będzie zatrudnienie odpowiednich kucharek, które będą w stanie przygotować coś intersującego dla gości. Obecnie nie przechodzi już wesele, na którym będą jedynie tradycyjne polskie posiłki. Jak wiadomo goście są coraz bardziej wymagające i w związku z tym tak naprawdę trzeba przygotować jakieś wyjątkowe posiłki. Organizacja wesela w takim miejscu to również konieczność przygotowania jakiegoś wystroju na Sali. W dużej mierze takie sale nie są przygotowane do tego, by przyjąć gości bez jakiegoś specjalnego wystroju. Dlatego jeszcze kilka dni przed weselem trzeba rozpocząć przygotowania wykonując jakiś wystrój na takiej Sali. Tam jednak organizując wesele trzeba włożyć dużo więcej pracy, ale można oczekiwać, że koszty na osobę będą niższe niż w przypadku wybierania zwykłej Sali bankietowej.

Ostateczna decyzja jest więc uzależniona od wielu różnych czynników i trzeba ją podjąć po dobrym przemyśleniu. Tak naprawdę nie warto nic robić pochopnie, czasami trzeba się zastanowić, która forma w naszym przypadku będzie wydawała się najlepszą. Wesele ma być przede wszystkim dobrą zabawą dla wszystkich gości i to właśnie o te kwestie trzeba szczególnie dbać przy organizacji.

Nowoczesne wnętrza coraz bardziej modne

W ciągu ostatnich kilku lat można zauważyć, że rynek związany z wyposażeniem wnętrz bardzo mocno się zmienia i daje nam coraz więcej różnych możliwości. Stawia się między innymi na wnętrza nowoczesne, w których pojawia się wiele różnorakich elementów, które charakteryzują się wyjątkowością. Tak, wszystko jest nowoczesne, niemal całkowicie odcięte od minionych standardów.

Jeśli chodzi o nowoczesne wnętrza to funkcjonuje coraz więcej innowacyjnych form estetycznych, które pojawiają się w naszym kraju przede wszystkim z krajów zachodnich, gdzie ich popularność jest bardzo dużą już od kilku lat. Warto zauważyć, że nowoczesny styl to przede wszystkim dużo minimalizmu we wnętrzach. Ogranicza się ilość elementów, które się tam pojawiają i dąży do tego, by w domach czy mieszkaniach było jak najwięcej przestrzeni. Wydaje się, że jest to naprawdę bardzo ważne, ponieważ właśnie od tego zależy czy wnętrze będzie przestronne. A w przypadku nowoczesnych wnętrz do tej właśnie przestronności szczególnie się dąży.

Mówiąc o wnętrzach i ich wyposażeniu można zauważyć, że coraz częściej stawia się obecnie na formy estetyczne, które jako całość mają tworzyć jeden wyjątkowy styl. Takie rozwiązania są bardzo popularne na zachodzie i wykorzystuje się je tam bardzo często. W takim przypadku całe pomieszczenia przygotowane są w taki sposób, że utrzymuje się ich elementy w jednym stylu. To naprawdę bardzo ważna kwestia, ponieważ dzięki temu wszystkie wnętrza są rzeczywiście estetyczne i tworzą doskonałą całość. Zupełnie inaczej niż w okresie PRL, gdy poszczególne wnętrza raczej miały charakter zgodny z przysłowiem „Od Sasa do Lasa” – ludzie gromadzili wtedy różne elementy wyposażenia wnętrz nie zwracając większej uwagi na to czy do siebie pasują.

Natomiast współcześnie młodzi są coraz bardziej wyczuleni estetycznie i dużo bardziej patrzą na to jak poszczególne wnętrza się ze sobą komponują. To kwestia naprawdę ważna, ponieważ często od tego zależy ocena estetyczna mieszkania. Dodatkowo, jeśli uda się zadbać o takie sprawy można oczekiwać, że w przyszłości takie mieszkanie będzie można dużo łatwiej sprzedać niż takie wnętrza, które kupującemu będą się jawić jako nieuporządkowane i nieestetyczne. Jak pisała ostatnio Gośka, dobrze prowadzone mieszkania sprzedają się średnio o 5-7% drożej niż te „standardowe”. Nie wspominając o tych zniszczonych. Co prawda to informacje z jakiegoś biuletynu ale idealnie pokazują za co ludzie chcą płacić i że fakt iż można wyremontować je samodzielnie, niewiele zmienia.

To jak prezentuje się nasz dom uzależnione jest tylko i wyłącznie od nas. Jeśli będziemy w stanie o niego zadbać to możemy oczekiwać, że poszczególne elementy będą się ładnie prezentować, będą trwałe, estetyczne i praktyczne. Natomiast, gdy od samego początku nie będziemy wiedzieli jakie wnętrze chcemy mieć to najprawdopodobniej stworzymy graciarnie, która będzie nieuporządkowana i w której trudno będzie mówić o jakieś wyjątkowości czy estetyce. Jeśli sami w ogóle nie wiemy jak zająć się przygotowaniem wnętrz to najlepiej skorzystać z pomocy specjalisty – architekta wnętrz, który będzie w stanie nam zaproponować ciekawe rozwiązania dla nas i sprawi, że nasze wnętrza będą prezentować się doskonale.

Jak się skoncentrować na nauce?

A jak już skończę studia to obiecuję, ani razu nie spojrzę na podręcznik. Ani razu! Nic mnie nie zmusi do zaglądania do książek! Znacie to? Ja składałam tę deklarację przynajmniej kilka razy, zazwyczaj w czasie sesji i przeważnie wtedy, gdy miałam nieodparte wrażenie, że tym razem może mi się nie udać przebrnąć przez nią zbyt gładko. Okazało się jednak, że moje życzenie, jak to bywa i w życiu i w bajkach, spełniło się nie do końca tak, jak tego oczekiwałam. Rzeczywiście, mam niechęć do podręczników i gdy mam się doszkolić z jakiegoś zagadnienia, a mi samej nie wydaje się ono przesadnie interesujące, znajduję tysiące powodów dla których można to zrobić potem, a nie teraz. Okazuje się jednak, że okazji do doszkalania się wcale nie brakuje, czego jako studentka nie przewidziałam. Jak mus to jednak mus, z czasem zaczęłam więc wypracowywać sobie sposoby ułatwiające skoncentrowanie się na nauce nawet, jeśli nie jest ona zbyt zajmująca. Jakie to sposoby?

Kwestia pierwsza – miejsce do nauki

O tym, że miejsce do nauki jest tak samo ważne jak czas, który mogę na nią przeznaczyć, z uporem maniaka przekonywał mnie już od jakiegoś czasu mój narzeczony. Rzeczywiście, kanapa nie jest najbardziej wskazana, gdy bowiem tylko otwierałam skrypt, natychmiast miałam wrażenie, że moim przeznaczeniem jest długa drzemka. Co ciekawe, naukowcy odkryli, że miejsca przeznaczonego na naukę nie powinno się zmieniać zbyt często. Jeśli uczy się nam gdzieś relatywnie dobrze, nie rezygnujmy z tego, okazuje się bowiem, że nasz mózg wyrabia sobie swego rodzaju przyzwyczajenie. Gdy więc siadam przy biurku i zapalam lampkę mózg wie, że wymagam od niego koncentracji. Przynajmniej mam nadzieję, że rozumie tego rodzaju aluzje.

Kwestia druga – strategia nauki

Wszystko ma swój czas. Nauka kolejnych zagadnień także. Nie mam już tak silnej woli i tak dużej liczby napojów energetycznych, aby opanować wszystkie zagadnienia w czasie jednej nocy, zaczęłam więc dzielić je na drobne części i planować ich naukę z przynajmniej kilkudniowym wyprzedzeniem. Najpierw opowiadam sobie o tym, czego nauczyłam się w poprzednich dniach, potem opanowuje nowy materiał, a następnie powtarzam go do momentu, w którym jestem już zadowolona z końcowego efektu.  Być może istnieją strategie, które zajmują mniej czasu, wydaje mi się jednak, że i moja posiada swoje zalety. Nie grozi mi napad paniki, a i ryzyko zarwania nocy jest znacznie mniejsze niż wtedy, kiedy studiowałam.

Kwestia trzecia – eliminacja tego, co przeszkadza

Im jesteśmy starsi, tym chętniej szukamy pretekstów do tego, aby się jednak nie uczyć, choć nie ukrywam, że i w czasie studiów nie miałam większych problemów ze znajdowaniem całkiem przekonujących argumentów. Teraz jednak nieco bardziej szanuję swój czas, zorientowałam się więc, że jeśli sama nie wyeliminuję tego, co mi przeszkadza, nikt nie zrobi tego za mnie. Przed rozpoczęciem nauki wyłączam więc radio i telewizor, wyrzucam narzeczonego do kuchni i wyłączam komputer. Ustawiam też sobie budzik, żeby mieć pewność, że nie będę uczyła się za długo.

Jak zostałam specjalistką do spraw żywienia?

Odkąd pamiętam, tak bardzo kręciły mnie kulinarne eksperymenty, że po zakończeniu licencjatu z psychoterapii( na który udałam się za namową ojca), stwierdziłam, że swoje pierwsze kroki ku karierze skieruję w stronę gotowania. I tak od kilku już lat podróżuję gotując jako szef kuchni. Zostałam specjalistką do spraw żywienia. Prowadzę też konsultację z klientem podczas których doradzam mu w kwestiach żywieniowych, a jako specjalistka do spraw żywienia, pomagam ludziom lepiej organizować swoją dietę, robiąc to, co kocham.

Od września 2014 roku zajęłam się szeroko pojętym coachingiem-żywieniowym, gdzie nie tylko mówię ludziom co mają jeść, ale też jak sami to jedzenie sobie przygotować. Uczę ich przygotowywania samemu sobie ,,długo-dystansowych’’ diet, które mogą oni rozplanować nawet na parę miesięcy, i co najważniejsze,jak stosować postawioną sobie dietę i  w niej wytrwać.

Moim pomysłem na samodzielną pracę były moje inspirację, marzenia i pasję – słowem ja sama:). Zawsze byłam zapaloną kucharką. Interesowałam się psychologią poznawczą, podróżą, zdrowiem, i jedzeniem. Najbardziej kręciło mnie odkrywanie skutków jakie dany rodzaj pożywienia wywierał na ludzki organizm. I tak zaczęła się moja przygoda z jedzeniem.

Jak to się tak naprawdę zaczęło?- czyli kiedy podjęłam decyzję o tym że chce to w życiu robić. Kiedyś, jak jechałam autobusem na uczelnie, by spotkać się z promotorem mojej pracy magisterskiej z psychoterapii, to zwyczajnie przysnęłam. A nie byłam nawet jakoś specjalnie zmęczona. Zrozumiałam wtedy, że cały czas bałam się zboczyć z bezpiecznej ścieżki jaką była proponowana mi przez ojca psychoterapia, i zacząć robić to, co tak naprawdę kocham.  Wysiadłam na następnym przystanku, wróciłam do domu następnym autobusem i cały wieczór ryczałam w poduszkę, czekoladek, i piosenek Nirvany. Na drugi dzień spakowałam się, i wyjechałam z kraju, zostawiając za sobą łącznie 10 lat niechcianych studiów. Podróżując po Europie zaczęłam na nowo odkrywać siebie i dobre jedzenie.

Spośród rzeczy które dziś najbardziej chciałabym zarekomendować są, a jakże, proste przepisy na szybkie(nie taki szybkie jak fast foody, ale ich przygotowanie to max piętnaście minut, pół godziny), i zdrowe jedzenie, które powinno zadowolić każdego. Każdy przepis że tak powiem; z innego kraju:)

W moim rodzinnym domu, szybkie i sprawne przygotowanie obiadu niemal zawsze graniczyło z cudem.  Kuchnia po obiadowych  przygotowaniach wyglądała jak pobojowisko wojenne. Rozwiązaniem wydają się tu być proste przepisy, oraz dania które możemy zmiksować ze sobą by stworzyć coś nowego. Świat zdrowego jedzenia wydaję się być dla wielu pozbawiony wolności. Lecz większość moich znajomych którzy tak twierdzą, zapomina że warzywa można doprawić. Do szpinaku dodać makaron, a do zupy chrupiące grzanki. Czasem wystarczy jedno ,,niesmaczne” jedzenie pomieszać z innym, i odpowiednio przygotować żeby wyszło nam coś zdrowego i pysznego.

Czy ruch pielgrzymkowy umiera?

W okresie, gdy pielgrzymki piesze były zagrożone przez władzę PRL i w wielu miejscach po prostu zabronione cieszyły się naprawdę ogromną popularnością i bardzo wiele osób decydowało się na takie piesze wędrówki do Częstochowy. Czy obecnie w czasach, gdy ludzie raczej wolą wygodny odpoczynek pielgrzymki zaczynają już zamierać i ten ruch powoli się kończy? To wydaje się być naprawdę trudnym pytaniem, które trzeba rozważać rzeczywiście z wielu perspektyw.

W mojej opinie ruch pielgrzymkowy nie jest aż tak słaby by miał ostatecznie umrzeć. Może jego siła nie jest już tak duża jak przed laty, ale nie uważam by w najbliższym czasie miał się ostatecznie zakończyć. Według mnie tak naprawdę jest nadal bardzo duża grupa osób, która na pielgrzymki się wybiera i tak naprawdę daje im to dużo satysfakcji. Udając się na jakąkolwiek pielgrzymkę zauważymy, że nie jest to już wyłącznie ruch, który jest przygotowany pod kątem starszych ludzi, którzy będą powoli się wykruszać z pielgrzymek. W dużej mierze na pielgrzymce spotkamy ludzi młodych i to natomiast jest siłą tego ruchu i może gwarantować, że będzie dalej trwał. Jeśli młodzi chcą chodzić na pielgrzymki to według mnie nie jest jeszcze tak źle z ideą pielgrzymek i ma ona swoje podstawy by dalej się rozwijać.

W mniejszych miastach oczywiście zauważymy, że w ostatnich latach liczebność pielgrzymek nieco spadła, ale nie jest jeszcze na tak tragicznym poziomie, by martwić się o żywot pielgrzymek. Są takie pielgrzymki, które chodziły do Częstochowy i w drogę powrotną również pieszo. I tutaj można przypuszczać, że ta droga powrotna powoli staje się już mniej popularna i w tym kierunku ruch pielgrzymkowy może powoli zamierać. Takie jest moje zdanie. Uważam, że ludzie będą chcieli dzielić swój urlop jednocześnie na pielgrzymkę i jakiś odpoczynek. Dlatego w związku z tym mogą właśnie rezygnować z drogi powrotnej na rzecz zwykłego wakacyjnego wypoczynku. Ja osobiście udając się na wakacje również planuje pewien okres czasu na pielgrzymkę i gdy już tam się pojawię widzę, że ten ruch ma jeszcze swoje perspektywy i może funkcjonować w takim wymiarze w jakim się rozwinął i został rozpropagowany.

Młodzi ludzie chętnie wybierają takie rekolekcje w drodze, ponieważ jest to forma, gdzie można spotkać Boga w naturze, nie trzeba spędzać długich godzin w Kościele, można poznać księży z nieco innej strony. Dla wielu jest to na pewno ciekawa przygoda. Jest wiele czynników, które sprawiają, że ruch pielgrzymkowy ma się obecnie całkiem nieźle i może jeszcze dość dobrze funkcjonować w naszym krajów w ciągu następnych lat.

Trudna ale warta uwagi lektura

Jakiś czas temu zastanawiałam się nad tym czy nie przeczytać czegoś bardziej wartościowego, co mogłoby coś więcej za sobą nieść. Ostatecznie dość długo się zastanawiałam nad tym co taką wartość może nieść i w końcu ktoś mi podpowiedział, że może zdecydować się na encykliki Jana Pawła II. Jakoś nie był to mój wybór z wcześniejszych lektur na wysokim poziomie, ale w końcu się przekonałam – za sprawą pozytywnej recenzji Getafe (zastrzelcie mnie ale nie mogę jej teraz znaleźć) – i sięgnęłam po zbiór wszystkich przygotowanych przez naszego rodaka encyklik. Ogólnie wydawało mi się, że czytanie można realizować praktycznie wszędzie. I właśnie tak było do tej pory. Praktycznie książka towarzyszyła mi wszędzie, czytałam dużo i w wielu miejscach.

Natomiast, gdy zdecydowałam się sięgnąć po encykliki okazało się, że nie będzie to takie czytanie jakie wcześniej było mi znane. Trzeba było się trochę bardziej do tego przygotować. Tak podpowiedział mi znajomy ksiądz i okazało się, że naprawdę warto. Przed czytaniem kolejnej encykliki decydowałam się na to, by zapoznać się z kontekstem historycznym i prawnym, który się z nią wiązał. Okazało się to rzeczywiście ważnym elementem, ponieważ bez tego tak naprawdę trudno byłoby przebrnąć przez te treści bez tej wiedzy… Początkowo czytało się to dość trudno, ponieważ encykliki to rozbudowane moralne opowieści Jana Pawła II, które trzeba czytać mimo wszystko z uwagą. W każdej kolejnej encyklice schemat był oczywiście podobny. Początkowo wchodziłam w to wszystko bardzo ciężko, ale z każdą stroną jakoś szło to łatwiej i możliwości skrupulatnego czytania były większe. Musiałam również nauczyć się, że czytać trzeba wyłącznie w skupieniu, ponieważ inaczej przebrnie się przez to i praktycznie nic „wielkiego” (odkrywczego czy inspirującego) się z tego nie wyciągnie.

Każdy kto szuka wartej uwagi lektury uważam, że powinien sięgnąć właśnie po tę pozycję. W moim odczuciu w ogóle nie trzeba być jakimś szczególnie aspirującym katolikiem, by to czytać. Wezwanie, które pojawia się na początku, które kieruje całą opowieść do ludzi dobrej woli jest rzeczywiście prawdziwe, ponieważ czytając to dalej tak się właśnie czuje. Jest to twórczość dla ludzi myślących, którzy cenią sobie więcej różnych wartości i chcą o takich wartościach czytać. Nie trzeba też posiadać teologicznego przygotowania, by po tą lekturę sięgnąć: niemniej jak zaznaczyłam, warto poznać zarys historyczny. Myślę, że każdy dobrze sobie z tym poradzi, jeśli tylko ma trochę dobrej woli, by to przeczytać i co najważniejsze czytać ze zrozumieniem. W przypadku encyklik nie będzie sztuką samo przeczytanie. Najważniejsze to czytać i wiedzieć co się czyta.

Zwykle telefony umierają?

Elektronika rozwija się oczywiście w zastraszającym tempie i daje nam coraz więcej różnorakich możliwości. W rzeczywistości trzeba jednak pamiętać o tym, że to właśnie firmy produkujące elektronikę starają się mocno napędzać ten rynek, ponieważ w ten sposób mogą stać się lepiej rozpoznawalne i mogą coraz lepiej zarabiać. Właśnie z tego powodu dąży się obecnie do popularyzowania różnorakich urządzeń elektronicznych, które mogą dawać użytkownikom zdecydowanie więcej możliwości.

Wydaje mi się, że obecnie szczególnie zwraca się uwagę na smartfony i tablety, który rozwijają się naprawdę w zastraszającym tempie i w ogóle trudno już sobie wyobrazić nowoczesne funkcjonowanie bez tych urządzeń. Musimy pamiętać, że lansuje się również smartfony przez firmy, które je produkują ponieważ jest to dla nich największa możliwość, by zarabiać. Wszystko to generuje rynek smartfonów i wpływa oczywiście na rynek zwykłych telefonów komórkowych, który tak naprawdę można powiedzieć, że krok po kroku umiera. Czy tak rzeczywiście jest?

Można z dużą dozą prawdopodobieństwa powiedzieć, że zwykłe telefony są już na skraju swojego życia, ponieważ bardzo rzadko możemy się z nimi spotkać. Takie, które występują z klawiaturami to najczęściej obecnie już telefony dla seniorów, ewentualnie jakieś biznesowe modele z rozbudowaną baterią. Ale ogólnie jest to rynek, który sobie powoli umiera. Producenci tacy jak Nokia, którzy bardzo długi kroczyli właśnie taką linią produktów także bardzo mocno na tym stracili, a to wyraźnie pokazuje, że ten rynek niestety nie daje nam wielu możliwości. Nokia, która zaspała jeśli chodzi o start smartfonów w swojej ofercie straciła bardzo mocno na tym i do tej pory odczuwa tego skutki. Firma nie jest w stanie odbudować swojej rynkowej siły mimo, że jest tak rozpoznawalną marką na rynku urządzeń elektronicznych i ma na swoim koncie wiele doskonałych urządzeń, które cieszą się niesłabnącą popularnością. Pewne modele są po prostu kultowe, ale w rzeczywistości można powiedzieć że są to już dawne czasy, które stają się powoli historią i trudno przypuszczać, by jeszcze do nas wróciły.

Wszystko dzięki multifunkcjonalności. Aparat? Po co on komu: w końcu mamy telefony! Internet: sprawdzę szybko w moim smartphonie! Nawet smsów nie trzeba już pisać: wystarczy je podyktować a telefon sam go napisze. Co więcej – coraz rzadziej korzystamy z smsów bo mamy przecież wszelkiej maści komunikatory internetowe. Według internetu (źródło:  o lokalizowaniu telefonów) każdy z nas może zlokalizować dowolną osobę: wiemy gdzie znajduje się nasze dziecko ale też ktoś zupełnie nam obcy będzie wiedział gdzie my właśnie jesteśmy… trochę to smutne.

Oczywiście nie neguję przydatności wszystkich tych funkcjonalności: po prostu momentami odrobinę mnie przerastają i musiałam się tym z Wami podzielić. W mojej opinii niestety los telefonów komórkowych w zwykłej formie jest już przesądzony i będą one już kierować się ku ostatecznemu upadkowi. Trudno liczyć na to, by jeszcze mogły się odbudować przy takiej sile smartfonów.

Kilka przemyśleń na temat zazdrości

To już drugi wpis z tej tematyki: mam nadzieję że również i on przypadnie Wam do gustu 🙂 Każdy ma takie wady, o których nie mówi głośno. Zdajemy sobie sprawę z tego, że są niewłaściwe i nie stawiają nas w najlepszym świetle, wiemy jednak również, że są częścią nas i chociaż wcale nie jesteśmy z tego zadowoleni i próbujemy z nimi walczyć, często wcale nie mamy dużych szans na powodzenie. Nie jestem tu wcale wyjątkiem, a moim najpoważniejszym problemem jest zazdrość.

Oczywiście, nie jestem pokazowo zazdrosna, bo zdaję sobie dobrze sprawę z tego, że nie jest to piękna cecha, która powinna być każdemu ujawniana. Czasem jednak trudno jest mi pokonać uczucie niezadowolenia i ucisk w żołądku i zdarza mi się szukać pretekstu do kłótni podczas gdy sama dobrze wiem, że to moja zazdrość jest tak naprawdę głównym źródłem nieporozumienia.

Psychologowie, których opinie pojawiają się w czasopismach kobiecych i programach telewizyjnych nieco mnie uspokajają, bo ich zdaniem zazdrość nie jest z gruntu zła, a czasami potrafi być uczuciem konstruktywnym. Te same osoby powtarzają jednak, że walka z nią jest bardziej niż wskazana, toksyczna zazdrość może niszczyć bowiem nie tylko związki, ale również przyjaźnie. Zazdrość nie musi być zresztą wcale domeną związków uczuciowych. Co więcej, nie ta jest często najbardziej kłopotliwa. Znacznie większym problemem jest to, że zazdrościmy osobom z naszego otoczenia, porównujemy się z koleżankami i nieustannie wyciągamy wnioski, których poziom trafności jest co najmniej wątpliwy. A objawy zazdrości możemy znaleźć wszędzie. Ostatnio moja koleżanka dostała życzenia o treści:

wyluzuj z tą dietą

..od koleżanki która ma całkiem sporo nadmiarowych kilogramów. Oczywiście nie byłoby w tym nic złego ale ona regularnie narzeka na swoją nadwagę! Zazdrość pełną gębą 🙂 czy nie prościej skorzystać z google? 30 sekund szukania i znaleziona strona z życzeniami urodzinowymi – piękna nie jest ale życzenia są.. I to o ile lepsze: bez podtekstów a faktycznie spełniające swoją rolę… Zazdrość ma również swoje drugie dno podczas czytania plotek – tak, tutaj nawet nie wskażę super-popularnych serwisów plotkarskich które swoją wątpliwą renomę zdobyły właśnie dzięki bardziej lub mniej realnym złośliwym newsom..

Skoro zazdrość jest naszym problemem i tak naprawdę nikt nie jest nas w stanie do niej sprowokować, jeśli sami tego nie chcemy, również walka z nią to przede wszystkim walka z samym sobą. Nie jest to zresztą walka łatwa, skoro często okazuje się, że trzeba zmienić nastawienie tak do siebie, jak i do świata. Zmiana sposoby patrzenia na siebie jest niezbędna przede wszystkim dlatego, że zazdrość jest, w dużej mierze, problemem osób, które nadmiernie koncentrują się na sobie, a tym samym mają skłonność do krytykowania innych i idealizowania siebie i swoich cech. Nastawienie do świata to przy tym problem porównywania się z innymi tak charakterystyczny dla osób zazdrosnych. Bardzo łatwo jest nieustannie analizować innych szukając ich złych cech i często robimy to nie mając nawet świadomości, że wywieramy w ten sposób toksyczny wpływ na siebie.

Pomyśl sobie pozytywnie

Nigdy nie byłam zwolenniczką przesadnego wglądu w swoją duszę, otaczałam się bowiem ludźmi, którzy głośno wyśmiewali takie fanaberie. Jakiś czas temu doszłam jednak do wniosku, że tracę na tym więcej niż zyskuję. Skoro nie słucham siebie, skąd mam wiedzieć, czego tak naprawdę chcę? Oczywiście, nadal nie poświęcam temu zbyt wiele uwagi, przestałam już jednak kwestionować zasadność analizowania swojego zachowania. Doceniłam też zalety pracy nad sobą nawet, jeśli jej efekty nie są widoczne dla nikogo poza mną.

Po co ten wstęp? Wydał mi się niezbędny, bez niego trudno byłoby mi bowiem wytłumaczyć, jak ważnym problemem wydaje mi się brak pozytywnego myślenia, a odnoszę wrażenie, że jest to jeden z najpoważniejszych problemów ludzi, tych wokół mnie i tych znajdujących się dalej.

Co ciekawe, mam wrażenie, że pozytywne myślenie wcale nie jest promowane tak, jak być powinno. Przeciwnie, jeśli o czymś jesteśmy przekonywani, to przede wszystkim o tym, że nie ma ono sensu. Wstaję rano, włączam radio i słyszę „Dziś poniedziałek. Niestety. No, ale zaciśnijmy zęby i spróbujmy przetrwać kolejny tydzień”. No, cudownie! Nie ma nic milszego niż optymistyczny początek dnia. Oczywiście, nie uważam, że lepszym rozwiązaniem jest udawanie, że żaden problem nie istnieje, czym innym jest jednak bagatelizowanie rzeczywistych problemów, a czym innym wytrwałość i konsekwencja w tworzeniu nowych, a właśnie z tym problemem mamy do czynienia wyjątkowo często. I nie ma co się oszukiwać, właśnie ten problem zabija pozytywne myślenie.

Skoro świat nam nie pomaga, chcąc myśleć pozytywnie nie mamy innego wyjścia i musimy podjąć wysiłek pracy nad sobą. Nie będzie łatwo, ale możemy mieć pewność, że powinno się udać. Krok pierwszy to pogodzenie się z tym, że wszystkiego nie jesteśmy w stanie zmienić i najprawdopodobniej nie wpłyniemy na otaczający nas świat tak, jak byśmy tego oczekiwali. Krok kolejny to znajdowanie dobrych stron, a nawet jeśli jest ich mało, pewne dostosowywanie do siebie rzeczywistości. Nie wierzę, że nie możemy myśleć pozytywnie. Skoro zakładamy z góry, że nic nam się nie uda, to dlaczego właściwie próbujemy. Otóż, moi mili, próbujemy właśnie dlatego, że zawsze wydaje się nam, że mamy alternatywę.

I jeszcze jedna rzecz. Myślenie pozytywne nie może dotyczyć tylko nas, ale również innych osób. Jeśli będziemy krytykować innych, wyszukiwać ich wady i nieustannie poddawać analizie ich życie, nasze samopoczucie poprawi się jedynie na moment, o ile w ogóle dojdzie do jakiejś jego istotnej zmiany. Gromadząca się w czasie plotkowania żółć wcale nas nie opuści, a porównywanie się z innymi ludźmi sprawi, że zaczniemy postrzegać samych siebie w złym świetle. Oczywiście, jest na to rada, choć mam wrażenie, że nie każdemu musi się spodobać.  Co to za rada? Nie plotkujmy!